Snookerowa pigułka, czyli najważniejsze wydarzenia 2013 roku

Koniec grudnia to jak zwykle czas wszelakich podsumowań, plebiscytów i klasyfikacji. Nie może tego zabraknąć także tutaj.

W swoich wyborach postanowiłem skupić się na określeniu pięciu największych pozytywów i negatywów ostatnich dwunastu miesięcy oraz wskazać trzech najlepszych graczy i trzy najciekawsze mecze kończącego się roku. Oczywiście, wszystko jak najbardziej subiektywnie.

Największe pozytywy 2013 roku

- Mistrzostwa świata i Champion of Champions dla Ronniego O’Sullivana

Jedni go lubią, inni nienawidzą. Podziwiają wszyscy. Nawet jeżeli zachowuje się jak ostatni gbur i specjalnie przegrywa mecz kwalifikacyjny z nisko sklasyfikowanym rywalem, czy po prostu nagle traci formę i odpada nieoczekiwanie z UKC. Podziwiają, bo mają za co. Nie ma sensu się specjalnie rozpisywać. Obrona mistrzostwa świata i to w tak znakomitym stylu, w wykonaniu człowieka, który nie grał w żadnych rankingowych zawodach przez kilkanaście miesięcy budzi szacunek. Bo budzić musi. To był bez wątpienia wyczyn na skalę światową i coś, czego chyba nikt już nigdy nie powtórzy, a jakby tego było mało „Rakieta” dołożył jeszcze triumf w prestiżowym Champion of Champions zdobywając tytuł „Mistrza Mistrzów”. Tytuł, który akurat temu zawodnikowi należy się zdecydowanie najbardziej.

- Barry Hawkins w finale mistrzostw świata

Ktoś powie, że nic poza tym, a ja zapytam, ale po co cokolwiek więcej? Barry zawsze był zawodnikiem drugiego garnituru, a tym sukcesem dołączył do grona snookerzystów z najwyższej półki. W drodze do decydującego starcia czempionatu pokonał Jacka Lisowskiego, Marka Selby’ego, Ding Junhuia i Ricky’ego Waldena. Szczególnie wygrana z tym drugim i trzecim w tak trudnym turnieju i na tak długim dystansie budzi szacunek. A potem? Finał ze snookerowym geniuszem, którego pokonać się wówczas nie dało, a mimo to, „Hawk” się nie poddał i walczył do samego końca będąc współtwórcą fantastycznego spotkania. Ogromny sukces skromnego, miłego chłopaka z Dartford.

- Świetni Azjaci i trzy rankingowe laury Ding Junhuia

Ten rok był udany dla snookerzystów z kontynentu azjatyckiego. Świetne występy Marco Fu, pierwsze rankingowe finały Xiao Guodonga i Aditya Mehty, sukcesy młodych Chińczyków w turniejach amatorskich, niezła gra Tajów. To wszystko chowa się jednak przy wyczynie Ding Junhuia. Prawdziwy lider snookera w Azji wygrywając trzy rankingowe imprezy z rzędu – Shanghai Masters, Indian Open i International Championship dokonał czegoś, czego nie zrobił nikt od ponad 20 lat i czasów genialnego Stephena Hendry’ego.

- Potrójna korona i kosmiczny rekord Neila Robertsona

W 2013 roku Neil Robertson wbił aż 79 oficjalnych brejków stupunktowych. To niesamowity wynik, którego długo może nikt nie pobić. O ile Australijczyk w poprzednim sezonie nie był jeszcze tak regularny i od stycznia do końca MŚ uzyskał „zaledwie” 19 takich podejść, o tyle w drugiej połowie roku w tym elemencie był po prostu niedościgniony. Na obecną chwilę, a przecież sezon 2013/2014 na dobrą sprawę jest dopiero w połowie ma już 60 „setek”, a kolejna będzie wyrównaniem rekordu wszech czasów. Ponadto, „Robbo” dołożył także dwa inne sukcesy związane z tym niesamowitym wynikiem – w kwalifikacjach Wuxi Classic wbił drugiego w karierze „maksa”, a podczas PTC w niemieckim Mülheim pokonał 4-0 Ahmeda Saifa aplikując Katarczykowi 4×100+ i nie pozwalając rywalowi na uzyskanie choćby jednego małego punktu! Bicie rekordów to jednak tylko dodatkowy smaczek, do tego co udało się zanotować pod koniec roku. Wygrana w UK Championship pozwoliła snookerzyście z Antypodów znaleźć się w elitarnym gronie zawodników, którzy w swojej karierze zdobyli „potrójną koronę”, czyli triumfowali w UKC, Masters i MŚ. Do tej pory udało się to tylko siedmiu graczom. Ósmym jest właśnie blondowłosy Australijczyk.

Neil Robertson

Neil Robertson

- Mark Selby i setny brejk maksymalny w historii snookera

Czekaliśmy, czekaliśmy i w końcu doczekaliśmy się tego wydarzenia. Dodatkowo, modły fanów snookera zostały wysłuchane i ten historyczny brejk nie padł gdzieś w azjatyckim PTC, bądź podczas meczu kwalifikacyjnego bez kamer telewizyjnych tylko w półfinale prestiżowego UK Championship. Dodatkowo, całe 147-punktowe podejście było bez cienia wątpliwości wyjątkowe, bo wszystko to co działo się na sekwensie kolorów przy 120 oczkach na liczniku połączone z ogromną presją i ówczesnym zachowaniem „Jestera”, który udowodnił, że nawet do historii można przechodzić z humorem, było czymś godnym zapamiętania na długie, długie lata.

 

Największe negatywy 2013 roku

- Koniec Stephena Lee

Genialne techniki, wspaniałe rotacje i świetne prowadzenie białej bili, czyli po prostu Stephen Lee. Zawodnik, którego przy snookerowym stole nie zobaczymy przez dwanaście najbliższych lat. Co oznacza, że  w zasadzie nie zobaczymy go już nigdy, bo po odbyciu kary nałożonej pod koniec września przez komisję dyscyplinarną WPBSA Anglik będzie już pięćdziesięciolatkiem (ironia losu bowiem banicja kończy się dokładnie w dniu jego 50 urodzin!) i mało prawdopodobne, aby zdecydował się wówczas wrócić do zawodowstwa, a nawet jeśli, to żeby cokolwiek w nim osiągnął. Szkoda, wielka szkoda, ale za ustawianie meczów, za bycie nieuczciwym w sporcie gentlemanów, za traktowanie kibiców jak głupków, których można bezczelnie oszukiwać – należy się i mówię to z wielkim bólem serca. Jako kibic snookera, jako kibic Stephena Lee.

- John Higgins i Mark Williams

W momencie gdy Ronnie O’Sullivan, będący rówieśnikiem obu panów, wygrywa piąte mistrzostwo świata w karierze, okazuje się być „Mistrzem Mistrzów” i goni Stephena Hendry’ego na liście brejków 100+ Szkot i Walijczyk, ku rozpaczy mojej i wielu kibiców, bo to przecież żywe legendy snookera, mocno pikują w dół. Naprawdę, nie wiem który obecnie gra gorzej, ale wiem na pewno, że obaj prezentują się tragicznie, a przecież w sumie nie tak dawno, bo trzy lata temu, to właśnie ta dwójka stworzyła niezapomniane widowisko w finale UK Championship, kilka miesięcy później biła się w bezpośrednim starciu o finał mistrzostw globu, a potem był jeszcze triumf „Borsuka” w Berlinie i 147 oraz wygrana „Czarodzieja z Wishaw” w Szanghaju… Co ciekawe, pomimo tak beznadziejnej dyspozycji, zarówno jeden, jak i drugi mają w trwającym sezonie po jednym rankingowym skalpie! Higgins był najlepszy w Sofii, a Williams okazał się bezkonkurencyjny w Rotterdamie. Inna sprawa, że zawody w tych miejscach odbywały się dawno, bo w połowie roku, a ponadto były to turnieje mało prestiżowe, należące do cyklu PTC. Poza tym, kompletnie nic…

- Format UK Championship

Na temat tej kwestii zdążyłem się już wypowiedzieć podczas trwania tegorocznych zawodów na facebookowym Fan Page’u. Wówczas zamieściłem taki wpis: „Cholera! Gdy Barry Hearn w ogniu krytyki i ogólnych narzekań zmieniał format UKC z tradycyjnego, do dziewięciu wygranych na obecny, best of 11, argumentował to przede wszystkim w jeden sposób, mianowicie: wszystkie mecze znajdą się pod kamerami TV. Od rewolucji mijają trzy lata. I co? Połowy z tego co jest grane nie mamy możliwości obejrzeć! Sesja poranna nie jest w ogóle pod kamerami (absurd!!!), a popołudniowa i wieczorna rozgrywa się na czterech stołach, z czego tylko dwa są do podglądania… Tym samym, jutro o 20:00 przegapimy dwa genialnie zapowiadające się mecze bo zakładając, że na stół nr 1 trafi O’Sullivan z Duffym pozostanie tylko jedno wolne miejsce, a pary są trzy. I to jakie! Wenbo – Maguire, Trump – Xiao i Carter – Dott. Zresztą wcześniejsze sesje również obfitują w ciekawe potyczki.  Barry, obiecałeś co innego…”. I co tutaj więcej dodać? Osobiście nie jestem przeciwnikiem płaskiej drabinki. Niech młodzi, teoretycznie słabsi, ogrywają się ze starszymi, teoretycznie lepszymi. Niech będą niespodzianki i sensacje. Ale nie w UKC. Tutaj błędem było już wywrócenie formatu z „best of 17″ na „best of 11″, ale o ile w zamian dostawaliśmy możliwość obejrzenia WSZYSTKIEGO, można było to przełknąć. Teraz, gdy format wciąż jest skrócony, a oglądamy tylko kawałki całych zawodów akceptować się tego już nie da.

- Steve Davis zostaje „celebrytą”

Można się zgodzić, albo nie, ale ja Davisowi tego jak potraktował UK Championship nie wybaczę. Rozpisywałem się już na ten temat w poprzednim wpisie (
http://snookerowy.blog.pl/2013/11/27/ukc-nie-dziekuje-celebryta-steve-davis/#more-166
) więc teraz robił już tego nie będę. Po prostu – każdy, ale nie on. Ambasador i ikona snookera, człowiek, który wielokrotnie twierdził, że kocha ten sport, a na dodatek mistrz świata seniorów, nie może rezygnować z prestiżowego turnieju na rzecz paru funtów i robienia z siebie błazna w nędznym, po prostu durnym, reality show. Bo jeżeli nie szanuje się siebie, to trzeba szanować chociaż tych, którzy cię uwielbiają. Do całej tej dennej sprawy dołączę także szokujące, dla mnie, zachowanie World Snooker, które przez cały pobyt sześciokrotnego mistrza świata w tej żenującej zabawie zmieniło nawet na jakiś czas logo swojej witryny udając, że nic wielkiego się nie stało. A niestety, owszem, stało się.

- Rezygnacja z Australian Goldfields Open

A raczej decyzja o zaprzestaniu rozgrywania tego turnieju, bowiem to właśnie w tym roku po raz ostatni gościliśmy w australijskim Bendigo. Decyzja mało zrozumiała ponieważ jest zaprzeczeniem słów Barry’ego Hearna, który chciał „zglobalizować snooker”. Dodatkowo są przynajmniej trzy powody, dla których warto było raz w roku zawitać na „koniec świata”. Pierwszy to spore zainteresowanie miejscowych kibiców, drugi to świetna oprawa turnieju, w skład której wchodzą m.in. wywiady z zawodnikami, konferansjer oraz turniejowe studio live, a trzeci dotyczy oczywiście osoby Neila Robertsona, który po prostu zasłużył, swoją osobowością, a przede wszystkim grą i zdobytymi tytułami, żeby w jego ojczyźnie odbywały się poważne rankingowe zawody.

 

Najlepsi zawodnicy 2013 roku

- Ronnie O’Sullivan (Anglia)
– Neil Robertson (Australia)
– Ding Junhui (Chiny)

Argumentować nie będę, bo cała trójka znalazła się w największych plusach kończącego się roku i tam na ich temat i tego co udało im się osiągnąć na przestrzeni ostatnich dwunastu miesięcy jest napisane wystarczająco dużo. Po prostu snookerowe TOP 3 2013.

 

Najlepsze mecze 2013 roku

1. Ding Junhui – Marco Fu (Finał International Championship), wynik: 10-9.

Finał IC to dla mnie zdecydowanie mecz roku. W pojedynku Ding Junhuia i Marco Fu było po prostu absolutnie wszystko – wielkie emocje, atak na 147, decider i imponująca liczba wygrywających brejków, w tym aż siedmiu „setek”! Wielki ukłon w stronę obu Azjatów, którzy stworzyli spektakularne, genialne, wyborne widowisko.

2. Neil Robertson – Stuart Bingham (Półfinał UK Championship), wynik: 9-8.

Na drugim miejscu półfinał grudniowego UK Championship z udziałem Neila Robertsona i Stuarta Binghama. Potyczka Australijczyka i Anglika to starcie na wysokim poziomie z trzynastoma brejkami 50+, a ponadto niezwykle dramatyczne i trzymające w napięciu do samego końca. „Robbo” prowadząc 8-3 poczuł się zwycięzcą i miał prawo się nim czuć, bo rywal nie prezentował kompletnie nic, z tego, co rundę wcześniej pozwoliło mu wyeliminować samego Ronniego O’Sullivana. Gdy jednak w końcu „Ball-run” zaskoczył, stawiając wszystko na jedną kartę, w ekspresowym tempie, wygrywając kolejne frejmy, dogonił zszokowanego lidera listy rankingowej, a w deciderze był o włos od osiągnięcia jednego z najbardziej spektakularnych powrotów w historii snookera.

3. Ronnie O’Sullivan – Barry Hawkins (Finał mistrzostw świata), wynik: 18-12.

Niby wynik jednostronny, ale pojedynek naprawdę godny zapamiętania. Osiem „setek” – sześć O’Sullivana i dwie Hawkinsa. Sporo wygrywających brejków i zaskakująco dobra gra przedmeczowego outsidera, który po początkowym stresie szybko wrócił do dyspozycji z wcześniejszych spotkań i mimo kosmicznej formy oponenta był w stanie przez jakiś czas nawiązać z nim równorzędną walkę. A była to sztuka duża, bo warto przypomnieć, że wcześniej Ronnie gromił kolejnych przeciwników bez żadnego wysiłku.

 

I to by było na tyle. Według mnie to właśnie te wydarzenia zasługują na wyróżnienie. Myślę jednak, że spokojnie można byłoby stworzyć drugą, zupełnie inną listę, z której zapełnieniem również nikt nie miałby żadnych problemów. Warto dodać, że poza wyborem najlepszych meczów kolejność wymienionych wydarzeń jest całkowicie przypadkowa.

W serwisie Eurosport.Onet.pl w najbliższych dniach pojawi się także oficjalne podsumowanie snookerowych wydarzeń z ostatnich dwunastu miesięcy. W tekście składającym się z czterech części szczegółowo przypomnimy sobie wszystko to, co działo się podczas mijającego roku. Miłej lektury!

* zdjęcie zamieszczone w artykule pochodzi ze strony http://www1.skysports.com/snooker

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>