Ostatni akcent sezonu, „The Rocket” czy „Jester from Leicester”?

No i zrobił to. Neil Robertson wbił setną „setkę” w sezonie 2013/2014 w świetnym stylu eliminując Judda Trumpa. Dzięki temu, Australijczyk poczuł się już tak mocny, że zaczął mówić o… finale z Ronnie’em O’Sullivanem zapominając chyba, że wcześniej trzeba pokonać Marka Selby’ego. „The Jester from Leicester” uświadomił jednak byłego mistrza świata i to właśnie on zagra w 2014 roku o tytuł najlepszego snookerzysty globu.

Jeszcze kilkanaście miesięcy temu taki skład finału zapowiadałby ogromne emocje. Selby to jeden z niewielu zawodników, który potrafił zagrać z O’Sullivanem bez większego strachu i respektu. Wręcz przeciwnie. W pewnym momencie to „Rakieta” zawsze zaczynał czuć presję i nie potrafił poradzić sobie z rywalem imponującym odpornością psychiczną i systematycznie dążącym do wyznaczonego celu.

Przy tej okazji, warto przypomnieć przede wszystkim finał The Masters z 2010 roku, kiedy to starszy z Anglików prowadził już 9-6, aby ostatecznie przegrać 9-10. Podobnie było kilka miesięcy później, gdy obaj gracze spotkali się w Crucible. Dwa lata temu, w półfinale Welsh Open, Selby wygrał natomiast aż 6-2.

Wszystko zmieniło się jednak na początku tego roku. Odmieniony O’Sullivan, którego pod swoje skrzydła wziął cudotwórca – Steve Peters, po raz pierwszy, nie licząc mniej istotnych pojedynków w PTC i PLS, od wspomnianych spotkań zagrał w ze swoim odwiecznym rywalem. I skończyło się pogromem. Deklasacją. „The Rocket” wygrał aż 10-4, a mógł wyżej, bo po pierwszej sesji był na prowadzeniu 8-1.

Ronnie O'Sullivan i Mark Selby

Ronnie O’Sullivan i Mark Selby

Czy to oznacza, że nawet siła i determinacja niezłomnego Selby’ego nie jest już w stanie zatrzymać wielkiego faworyta? Całkiem możliwe, bo do tej pory, O’Sullivan wygrywa z każdym i to na dodatek w takim stylu, w jakim akurat mu się chce. Champion of Champions, wspomniany Masters, Welsh Open – podczas tych turniejów wszyscy inni byli tylko tłem dla późniejszego laureata.

Jedno jest pewne, „Jester” nie może zagrać ładnie dla oka. Tak, przykro mi to mówić, ale musi zagrać brzydko, swoją słynną „memłankę” (nie znoszę tego słowa), bo jeżeli pójdzie z Ronnie’em na wymianę ciosów to ten finał skończy się tak jak dwa poprzednie – pewną wygraną „Rakiety” i jednostronnym pojedynkiem. Trudno przecież nawet twierdzić, że obaj Anglicy mają taki sam talent, czy posiadają równie dobre techniki. Wiadomo, że tak nie jest i w tym O’Sullivan zdecydowanie przewyższa Selby’ego. Dlatego Mark musi zagrać po prostu „swoje”.

„Gram żeby wygrać. Jak ma to trwać pięć godzin i trzeba mnie siłą odciągać od stołu to niech tak będzie.” – powiedział kiedyś Selby. No właśnie i jeżeli 30-latek liczy na swój pierwszy w karierze tytuł mistrza świata to musi się, jednocześnie współczując wszystkim fanom O’Sullivana, do tego dostosować.

* zdjęcia zamieszczone w artykule pochodzą z profilu facebookowego należącego do Monique Limbos

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>