Opinia po finale, czyli ktoś tu, chyba, nie umie przegrywać…

Snookerowe mistrzostwa świata 2014 przeszły do historii. 5 maja, w finale najważniejszego turnieju roku, triumfował Mark Selby, który, ku zaskoczeniu niemal wszystkich, pokonał wielkiego faworyta całej imprezy, obrońcę tytułu, pięciokrotnego laureata tych zawodów, Ronnie’ego O’Sullivana.

Nie ukrywam, że jestem bardzo zadowolony z takiego rozstrzygnięcia, choć oczywiście zdaję sobie sprawę, że pewnie znajduję się w zdecydowanej mniejszości. Trudno. Płakać z tego powodu nie zamierzam. Wręcz przeciwnie. A czemu się tak strasznie cieszę? Z trzech, zasadniczych powodów przytoczonych poniżej.

Po pierwsze. Cieszę się, że w końcu przełamana została hegemonia „Rakiety”. Nigdy nie byłem wielkim zwolennikiem Anglika, oczywiście całkowicie szanując jego sportowe dokonania i doceniając wkład w popularyzację snookera, dlatego mocno męczyła mnie świadomość, że jeżeli w danym turnieju gra Ronnie, to reszta będzie bić się najwyżej o „drugie miejsce”. A najgorsze, że tak właśnie było, co najlepiej potwierdził tegoroczny Masters i Welsh Open, w którym 38-letni zawodnik po prostu niszczył każdego, włącznie z tymi najlepszymi, a jakby tego było mało, robił to jak chciał i kiedy chciał.

Po drugie. Cieszę się, że snooker ma w końcu nowego mistrza. Poza Neilem Robertsonem w 2010 roku, poprzednio taka sytuacja zdarzyła się aż osiem lat temu, gdy najlepszy na świecie okazał się Graeme Dott. Mało kto zauważa, że pomijając wyskok Australijczyka, od siedmiu sezonów wspaniałe trofeum w ostatnim dniu czempionatu podnosiła ciągle ta sama dwójka – John Higgins (2007, 2009, 2011) lub właśnie O’Sullivan (2008, 2012, 2013). Ponadto, dobrze, że udało się to właśnie Selby’emu. Gdyby wygrał Ding lub Trump, którzy jeszcze mają na to czas, pewnie nie byłbym tak zadowolony, jak w tym wypadku, mimo że do uwielbiania „Jestera” dużo mi brakuje. Skąd więc ta radość? Po prostu, Mark sobie na ten tytuł zasłużył. Od kilku lat jest cały czas w czołówce, często widujemy go w ćwierćfinałach, półfinałach i finałach poszczególnych turniejów, nie odpuszcza niemal żadnych zawodów, za co jest niesłusznie i bardzo często krytykowany, a także prawie zawsze gra na równym poziomie. Wielkiego talentu nie ma, ale posiada niesamowicie silną psychikę, hart ducha i wolę walki. To wszystko doprowadziło go w końcu na sam szczyt snookerowego piedestału.

Mark Selby

Mark Selby

Po trzecie. Cieszę się, że finał wyglądał dokładnie tak, jak chciałem, żeby wyglądał. Pisałem tuż przed rozpoczęciem decydującego starcia następujące słowa: „Jedno jest pewne, „Jester” nie może zagrać ładnie dla oka. Tak, przykro mi to mówić, ale musi zagrać brzydko, swoją słynną „memłankę” (nie znoszę tego słowa), bo jeżeli pójdzie z Ronnie’em na wymianę ciosów to ten finał skończy się tak jak dwa poprzednie – pewną wygraną „Rakiety” i jednostronnym pojedynkiem. (…) Dlatego Mark musi zagrać po prostu „swoje” i dokładnie trafiłem w sedno. Selby zaprezentował się tak, jak powinien. On, jako jeden z niewielu dokładnie opracował plan pod tytułem: „jak zatrzymać tę genialną snookerową rakietę” i w 100% go spełnił, za co należy mu się wielki, wręcz ogromny, szacunek.

Głównie z tego powodu, szlag mnie jasny trafia, gdy czytam różne fora i serwisy snookerowe, na których rozlewa się płacz, że jak to ten straszny i obrzydliwy Mareczek mógł tak strasznie i obrzydliwie zamulić Ronia, że ten, tak strasznie i obrzydliwie musiał rozstać się z pucharem, który trzymał na kominku przez ostatnie dwa lata.

Ludzie, o czym wy piszecie? Przestańcie! To jest SNOOKER. Sama nazwa wskazuje, że tutaj nie chodzi TYLKO o wbijanie bil, robienie „setek” i kończenie każdego frejma w siedem minut. W tej grze, bardzo istotne jest także opanowanie, przyjęcie odpowiedniej taktyki oraz ostrożność, charakteryzująca się tym, żeby nie podejmować zbędnego ryzyka. I Selby opanował to wszystko do perfekcji, bo dzięki takiej grze wygrał z najlepszym zawodnikiem w historii tej gry, wielkim faworytem, czempionem, geniuszem. Pisanie o „memłaniu”, które tak wykończyło O’Sullivana, że ten już zasypiał i nie mógł skupić się na „normalnej” grze, przez co ostatecznie przegrał, to po prostu żenada do potęgi. Trudno nie zauważyć, że chyba, ktoś tu nie umie przegrywać…

Dzień po zakończeniu finału, w drodze powrotnej z Sheffield do Londynu, Ronnie wraz z synem ulegli wypadkowi samochodowemu. Dziękować Bogu, nic poważnego się nie stało. I w sumie temat wydaje się wyczerpany, ale nie… nie dla niektórych komentujących. Wyobrażacie sobie, że pojawiły się opinie, iż całe zdarzenie to wina… Selby’ego?! Tak, dokładnie, bo to przecież „Jester” tak mocno wymęczył, wypatroszył, uśpił, zamulił, po prostu psychicznie zniszczył Rona, że cała ta przykra sytuacja, to wyłącznie jego „zasługa”. Niesamowita perfidia.

Mało? Będzie więcej. Pojawiały się także trochę mniej karygodne, ale równie irytujące opinie, jakoby Selby wcale nie wygrał tego finału, tylko „The Rocket” go przegrał. Wszystko to opatrzone kiepskimi wpisami, w których autor wyraźnie sugeruje, że za kilkanaście lat, wszyscy będą pamiętać, iż 2014 rok, to ten, w którym przegrał wielki mistrz O’Sullivan, a nie ten, w którym wygrał jakiś tam Selby.

Przykładów można podawać znacznie więcej, wystarczy prześledzić poszczególne wypowiedzi. W większości są jednak tak tandetne, że szkoda czasu, aby je tutaj nadal przywoływać. Po prostu ręce opadają… Niektórzy „kibice” Ronnie’ego (podkreślam NIEKTÓRZY, bo znam wielu zachowujących się w przypadku porażki ich faworyta całkowicie normalnie, sprawiedliwie i logicznie) posuwają się za daleko. Nie wiem tylko, co teraz robić – śmiać się z nich, czy nad nimi płakać?

* zdjęcia zamieszczone w artykule pochodzą z profilu facebookowego należącego do Monique Limbos

26 myśli nt. „Opinia po finale, czyli ktoś tu, chyba, nie umie przegrywać…

  1. ~Ania Szafarska

    Śledzę poczynania Marka Selby’ego od kilku lat i stopniowo stałam się jego wielką zwolenniczką. Lubię jego konsekwencję i zaciętość w grze, aczkowliek muszę przyznać, że wśród moich znajomych, którzy również śledzą snookera, jestem w zdecydowanej mniejszości. Też uważam, że jak najbardziej zapracował sobie na ten tytuł i również cieszy mnie przełamanie dominacji O’Sullivana, tym bardziej, że obawiałam się lekko o jakość finału Mistrzostw Świata po nudnym i nijakim finale Masters.
    Co do złośliwych komentarzy, to wydaje mi się, że tacy ludzie nie śledzą snookera od lat, nie widzą, jak gra się rozwija i nie oceniają, jakie cechy w obecnym momencie musi mieć zawodnik, żeby konkurować z najlepszymi i być najlepszym. Weźmy na przykład Trumpa. Uważam, że koleś ma zadatki na prawdziwego mistrza, ale dopiero teraz, a nie jak inni twerdzili dwa sezony temu kiedy zdobywał tytuł za tytułem, można powiedzieć, że staje się naprawdę groźny. On dojrzewa, nie gra już tak bardzo”na pałę”, potrafi się opanować nie tupiąc już jak dziecko, gdy zaczyna przegrywać i zagrać bardzo fajne mecze. Podobnie Ding, jest już może nawet dalej niż Trump i muszę przyznać, że z wielką ciekawośćią śledzę poczynania obu zawodników. Jednen, dwa sezony i zacznie się robić bardzo ciekawie na snookerowej scenie :)

    Odpowiedz
    1. GP Autor wpisu

      Odniosę się, przede wszystkim, do słów o Trumpie, z którymi zgadzam się w całej okazałości. Podobnie jak Ty, uważam, że Judd właśnie teraz staje się prawdziwym snookerzystą będacym w stanie nawet zdominować snookera. Oczywiście, ta „przemiana” musi trochę potrwać, ale gdy już się zakończy, Anglik może być nie do zatrzymania. Dokładnie jest tak jak piszesz. Trump zaczyna grać taktycznie, „nie napala” się już na każde wbicie, nie atakuje wszystkiego, potrafi się odstawić, ba, umie nawet zagrać snookera, mimo że ma do wyboru wcale nie takie trudne wbicie. Widocznie Judd zrozumiał, że w tej grze nie chodzi tylko o szybką grę, wysokie brejki i wygrywanie frejma w siedem minut (wiem, wiem, powtarzam się). Taka lekcja zrozumienia przydałaby się także najwidoczniej kibicom Ronnie’ego. Tym, którzy tak strasznie negują wielki sukces Marka Selby’ego. Tym, którzy nie potrafią docenić, że znalazł się ktoś, kto jest w stanie ograć nawet takiego mistrza, jak „Rakieta”.

      Odpowiedz
  2. ~AA

    Święte słowa. Niestety, ale tacy ludzie jak O’Sullivan zawsze przyciągali do siebie mnóstwo fanów, a spora ich część jest w niego fanatycznie zapatrzona i nie umie logicznie ocenić rzeczywistości. Dla mnie takie gadanie, że Selby niszczy grę jest po prostu śmieszne i mówią tak ludzie którzy nie wiedzą, o co chodzi w snookerze. Zaczęłam oglądać snookera trzy lata temu, więc od mistrzostw, w których w finale zagrał Higgins z Trumpem. I też wydawało mi się, że wbijanie to wszystko, że granie tak, aby nie przegrać wypacza grę. Po niedługim czasie dopiero zauważyłam jak genialnym snookerzystą jest Higgins i ludzie jego pokroju. Selby pokazał, że żelazną taktyką można usadzić każdego. Nie jestem jego wielką fanką, ale tytuł mu się należał- za wytrwałość i cierpliwość- nawet nie wyobrażam sobie, jak wiele jej trzeba mieć, aby grać takim stylem. Snooker to wojna, a Jester wiedział, że z Rakietą może ją wygrać tylko tak i chwała mu za to. Widać, że mądry z niego snookerzysta i że pod względem psychiki nikt nie może mu się równać. Nawet O’Sullivan, o którym wszyscy od kilku sezonów mówili, że nie przeszkadza mu, z kim gra. A jednak :)

    Odpowiedz
    1. GP Autor wpisu

      Podobnie jak wcześniej, trudno mi się nie zgodzić. Higginsa można nie lubić, za to co zrobił, oczywiście, że tak, należy to potępiać, ale tego, jakim wybitnym jest strategiem nie można nawet negować. Selby, może nie jest jeszcze tak znakomity w taktycznej grze, jak Szkot, ale z każdym kolejnym występem się tego uczy. A gdzie najlepiej się uczyć? W finale MŚ. A przeciwko komu? Przeciwko obrońcy tytułu i wielkiemu faworytowi. Naprawdę, aż dziw, że tak wiele osób nie potrafi pojąć tego, że gra Marka wcale nie była „zabijaniem snookera”, tylko wręcz przeciwnie, kwintesencją tej gry. Znakomitym udowodnieniem, że wygrać można z każdym, jeżeli tylko ma się na niego sposób.

      Co do zapatrzenia na Ronnie’ego – tak, też to zauważyłem. I jestem pewny, że gdyby Ronnie wygrał w takim stylu, w jakim wygrał Selby, to jego „fani” uważaliby, że to niesamowite i genialne, jak ich idol znakomicie dobrał odpowiednią taktykę. No, ale że sprawa dotyczy porażki ich faworyta, to przecież trzeba zachowywać się zupełnie inaczej i opluwać wszystko i wszystkich, a najbardziej tego, który RACZYŁ OGRAĆ NIEPOKONANEGO.

      Odpowiedz
  3. ~Paweł

    Czekałem na artykuł tego typu cały wczorajszy dzień, aż pojawił się właśnie na tym blogu, za co serdecznie dziękuję.

    Mark Selby mistrzem świata! Czy ktoś spodziewał się, że może wygrać? Że w ogóle może zagrozić Ronnie’mu? Jako, że jestem fanem Marka od początku mojej przygody ze snookerem (osiem lat), wiedziałem, że tym razem ten finał nie skończy się, jak dwa poprzednie. Żeby nie było żadnych nieporozumień: w finale grali moi dwaj najlepsi snookerzyści, lecz z całego serca kibicowałem Markowi.

    Odniosę się do Twoich trzech punktów:
    1. Mimo, że lubię Ronnie’go to chciałem jego przegranej z prostego powodu: nowy mistrz. Wiele mówiło się, że jeśli O’Sullivan wygra po raz trzeci z rzędu to zrówna się ze Stevem Davisem i Stephenem Hendrym (dobrze pamiętam?). Ronnie i tak jest największym talentem w historii tej dyscypliny sportowej i jest najlepszym zawodnikiem, więc wolałem, aby Mark (który nie był jeszcze mistrzem) dopiął swego i zwyciężył. Szczególnie, że już raz był w finale i go przegrał.
    2. Przed meczem także zauważyłem mistrzów z ostatnich lat, więc tym bardziej chciałem nowego mistrza. Judd Trump jest jeszcze za młody, a i forma nie taka. Można powiedzieć, że jeszcze nie jest gotów na zostanie mistrzem, chociaż raz był tego bliski. Z kolei Ding miał rewelacyjny sezon, jednak w Crucible mu kompletnie nie poszło, a szkoda. On też będzie miał jeszcze swoje „pięć minut” w Sheffield (w końcu ma dopiero 27 lat!)
    Nie ma wątpliwości, że Mark na tytuł sobie zasłużył, jak mało kto. Nie opuszczał żadnego turnieju, chociaż tak jak wspomniałeś, jest za to przez niektórych krytykowany. Od dłuższego czasu gra solidnie, pewnie, nie zdarzają mu się często wpadki. Każdy powtarza, że nie ma talentu, ale posiada tyle innych ważnych zalet, że wystarczają one na zostanie mistrzem świata, liderem listy rankingowej i jeszcze Triple Crown Championem. :)
    3. Przecież każdy znający się na snookerze i na zawodnikach człowiek, wiedział i wie, że nie da się z O’Sullivanem zagrać ofensywnie (i to w finale MŚ)! Było pewne, że Mark zastosuje inną taktykę niż Allister Carter, Barry Hawkins, Shaun Murphy i pewnie jeszcze wielu w Main Tourze. Gdyby Selby zaczął od początku grać ofensywnie, przegrałby już w niedzielę. Osobiście jestem fanem taktycznej rozgrywki, jednak oczywiście nie pogardzę setkami, maksami, ofensywą i tak dalej. Ale snooker to gra typowo defensywna! Niech nikt nie oczekuje, że każdy zawodnik będzie grał ofensywnie, wbijał setki w pięć minut, bo wtedy to zaczęłoby się robić nudno. „Memłanie” – czyli czynność wymyślona przez „znawców” z polskich for. Wszyscy są źle nastawieni na grę typowo Marka Selby’ego, ale przecież byli tacy mistrzowie jak Graeme Dott, Peter Ebdon. Po prostu tym ludziom trzeba dać znaną przez wszystkich: maść na ból dupy.
    Genialna taktyka pozwoliła młodszemu Anglikowi na zdobycie trofeum. Tak jak napisałeś: należy się szacunek, a nie ciągłe krytykowanie.

    Przypomina mi się w tym wypadku rywalizacja fanów Realu Madryt i Barcelony. Tam także jest takie ciągłe krytykowanie. Obie strony nie mogą pogodzić się z przegraną jego zespołu i od razu zaczynają krytykować drugi. Myślałem, że snooker to sport dla dżentelmenów i również tacy Panowie oglądają ten wspaniały sport.

    Co do tego wypadku to dobrze, że nic się nie stało. Warunki pogodowe były bardzo złe i zostało potwierdzone, że prędkość samochodu nie miała nic wspólnego ze zdarzeniem. Dla ludzi z takimi teoriami powiem tylko, że ten wypadek był obok pewnej miejscowości: Leicester. Kojarzycie?

    Na Twitterze pojawiały się też opinie, że wolą O’Sullivana, bo Mark Selby miał różne występki w przeszłości. Nie chcę ich uświadamiać, ale Ronnie był przez cały okres swojej kariery święty. ;)

    Cieszę się, że to Mark wygrał i nie mam zamiaru „walczyć” z tymi ludźmi, którym to nie pasuje. Oni wiecznie będą niezadowoleni i najlepiej niech Ronnie zdobywa mistrza świata do 2050 roku.

    Dzięki wielkie za ten artykuł, bardzo dobrze napisany. :)

    Odpowiedz
    1. ~AA

      Gdyby O’Sullivan wygrał po raz trzeci z rzędu zrównałby się z Davisem, do Hendry’ego wciąż brakowałoby mu jednego mistrzostwa :)

      Co do tych występków Selby’ego- po prostu nie wiadomo, czy się śmiać czy płakać. Tak samo kiedyś gdzieś przeczytałam jakiś „artykuł” porównujący O’Sullivana i Trumpa. W skrócie: Trump- idiota, cham, snob, nie szanuje nikogo, jest zapatrzony w siebie i zamiast trenować łazi tylko po imprezach (skąd te info autora to nie wiem). A O’Sullivan dla kontrastu święty niemalże, wzorowy ojciec, człowiek honoru, całe życie bez skazy. Wiadomo skromny, uczciwy,szanujący przeciwników :)

      Cenię fanów O’Sullivana, ale potępiam psychofanów, którzy kibicują najlepszemu żeby się dowartościować.Nie mając przy tym zielonego pojęcia, czym jest snooker i dlaczego ta gra jest kochana przez miliony. I te głosy, że jak on, Bóg snookera odejdzie, to nikt już nie będzie tego oglądał. Serio?! Fani dyscypliny zawsze przy niej zostaną, co tu zmieni odejście jednego, choćby i wielkiego zawodnika…

      A tak poza tym- ja lubię bardziej grę ofensywną i preferuję raczej zawodników tak grających, a wśród moich ulubionych zawodników znajduje się również Ebdon :) Uwielbiam go w formie- może i długo myśli, ale czasem jak coś wymyśli to nie ma bata. I nie tylko w defensywie, kto go dobrze obserwuje to wie, że ofensywne rozwiązania też dość często stosuje. Szkoda, że coraz gorzej mu idzie…

      Odpowiedz
      1. GP Autor wpisu

        Występki Selby’ego? Mówisz o tych śmiesznych pretensjach, ze Selby robi z siebie durnia wchodząc w interakcję z publicznością? Pewnie tak, bo jakoś innych sobie nie przypominam. Jasne, można powiedzieć, że zbyt mocno okazuje swoją radość. Oczywiście, że tak! Najlepiej, jak po wbiciu czarnej na 18-14 rozpłakałby się z powodu tego, że zdobył tytuł mistrza świata… „Kibice”, a może i w sumie tak jak napisałaś, „psychofani” Rona są niereformowalni. Wszyscy dookoła są źli, tylko jest jeden – NAJLEPSZY, NAJWAŻNIEJSZY i NAJBARDZIEJ ODPOWIEDNI do bycia mistrzem. Gdyby O’Sullivan grał taktycznie jak Selby, byłoby super, Gdyby O’Sullivan miał kolczyk jak Gould, byłoby tragicznie, gdyby O’Sullivan zachowywał się jak Trump, byłoby świetnie. No, ale robią to inni więc jest jak? Źle.

        Odejście Ronnie’ego trochę przewróci wszystko do góry nogami, tak jak przewróciło odejście Hendry’ego, ale prawdziwi fani nadal będą oglądać snooker, bo w Main Tourze jest masa innych zawodników, którzy mają silne osobowości, są ciekawi i warto się im przyglądać. Niestety, to zrozumieją tylko te osoby, których powyższy tekst nie dotyczy.

        Odpowiedz
    2. GP Autor wpisu

      Stephen Hendry ma siedem tytułów, więc do niego jeszcze by Ronowi brakowało jednego mistrzostwa, ze Stevem masz rację, byliby już wspólnie na drugim miejscu. Jeżeli chodzi o resztę wpisu, co tutaj więcej dodawać. Masz niemal identyczne zdanie jak ja. To dobrze, cieszę się, że sporo osób podziela moją opinię.

      Odpowiedz
    3. ~Jarek

      Oprócz faktu, iż uważam, że Selby w pełni zasłużył swoją grą na mistrzostwo świata (pomijając całokształt osiągnięć) to nie zgadzam się z autorem jakoby Selby nie miał telentu. Kto ci to powiedział? Uważasz, że można bez talentu zajść tak daleko w sporcie, jakiejkolwiek dyscyplinie? Ja uważam, że jest bardzo utalentowany nie tylko jako snookerzysta, ale zawodnik sportów bilardowych (przecież był też mistrzem w poolu w 2006), oczywiście dokładając do tego ogrom pracy. Jeżeli jednak komuś się wydaje, że geniusz i talent O’Sullivan nie włożył ogromu pracy tłukąc w snookera pod okiem ojca od wczesnego gówniarza to jest w błędzie. Zatem nie odmawiajmy talentu Markowi Selbiemu, który do 31 roku życia wygrał w snookerze praktycznie wszystko, co było do wygrania, a jak widać po formie Ronniego można grać na najwyższym poziomie do niemal 40tki. Ani jeden, ani drugi zawodnik nie powiedzieli zresztą ostatniego słowa w swoich karierach.

      Odpowiedz
      1. GP Autor wpisu

        Posłużyłem się słowami samego Selby’ego, który w jednym z wywiadów dokładnie tak stwierdził. Poza tym – nie napisałem, że nie ma talentu, tylko, że nie ma „wielkiego talentu”, np. takiego jak O’Sullivan. To dwie różne rzeczy.

        Odpowiedz
  4. ~tomek

    cytuję
    „Wielkiego talentu nie ma, ale posiada niesamowicie silną psychikę, hart ducha i wolę walki.”
    uwielbiam stwierdzenia o braku talentu od osób, które nigdy w tej dziedzinie nic nie osiągnęły. Podobnie cenię sobie komentarze na eurosporcie, gdzie po każdym mniej udanym uderzeniu, komentatorzy rozpływają się nad tym, jak źle zagrał, co mógł poprawić, dlaczego nie zagrał tak jak chcieli komentatorzy. Jasne, z boku wygląda to inaczej, ale trochę pokory. Zagrajcie kiedyś z profesjonalistami i zobaczycie jak mało znaczycie.
    Po prostu ten kraj to kraj memów i ekspertów. Trochę pokory.

    Odpowiedz
    1. GP Autor wpisu

      Drogi Tomku, chyba nie przeczytałeś dokładnie przytoczonych słów. Nie napisałem nigdzie o „BRAKU” talentu u Selby’ego, tylko o tym, że nie ma go zbyt wiele. Na pewno Mark nie jest tak utalentowanym snookerzystą jak choćby O’Sullivan, co zresztą można zobaczyć choćby patrząc na jego techniki. Poza tym… sam „Jester” uważa podobnie. Selby stwiedził, że to co osiągnął zawdzięcza cechom, które wypisałem, a do których w ogóle się nie odniosłeś. A szkoda, bo może wtedy zauważyłbyś także jakieś pozytywy w mojej ocenie tego zawodnika.

      Odpowiedz
  5. ~Smurff

    Pozwolę sobie wyrazić zupełnie odmienną opinię. Defensywna taktyka polegająca na permanentnym ustawianiu snookerów i czyhania na błędy przeciwnika jest wg mnie nudna i mało widowiskowa.
    Odnosząc to samo do futbolu, byłoby to głównie „murowanie” bramki z nastawianiem się nawet nie na szybkie kontry, ale na dogrywkę i potem rzuty karne, gdzie upatruje się większe szanse na ostateczne zwycięstwo. Słowem, taktyka w stylu „cel uświęca środki”, gdzie celem jest końcowe zwycięstwo. Mało to widowiskowe, a tego rodzaju zwycięstwo jest też mało spektakularne. Nie ma się czym zachwycać.
    Zdecydowanie bardziej wolę oglądać O’Sullivana jak trafia w kolejne bile niż patrzeć jak Mark Selby próbuje mu to udaremnić. Teraz mu się udało, ale myślę, że to zwykły wypadek przy pracy i O’Sullivan przy kolejnej okazji pokaże swoją wyższość. Na czym zyska cały snooker jako widowisko.

    Odpowiedz
    1. GP Autor wpisu

      A ja mam zupełnie odmienne zdanie, moim zdaniem jest się czym zachwycać. W tej grze trzeba ustawiać snookery i czekać na błędy przeciwnika. Czy to jest mało widowiskowe i nudne? Możliwe, choć ja nie odnoszę takiego wrażenia. Mnie gra Selby’ego kompletnie nie nudzi. „Cel uświęca środki” mówisz? Dokładnie. Skoro celem jest tytuł mistrza świata, a grasz przeciwko obrońcy tytułu i geniuszowi to musisz obrać taką taktykę, aby być w stanie chociaż z nim powalczyć. Pójdzie na wymianę ciosów z O’Sullivanem kończy się mniej więcej tak jak mecz Rona z Murphym.

      Co do „wypadku przy pracy”. Bardzo wątpię. Selby już nie jeden raz ograł Rona w ważnym meczu. Wypadkiem przy pracy nazwałbym wygraną O’Sy w finale tegorocznego Mastersa, bo wtedy Mark w ogóle nie był sobą.

      Odpowiedz
  6. ~pete

    Ma pan rację, snooker to nie tylko wbijanie, robienie setek i kończenie frejmów w 7 minut. Ważne jest przyjęcie odpowiedniej taktyki. Ale jeśli mówi pan, że zawodnik musi zagać BRZYDKO, żeby wygrać, to z tym się zgodzić nie mogę. Selby zagrał na pewno równo, a przy słabszej dyspozycji Ronniego finał zakończyć inaczej się nie mógł. To tez prawda. Niemniej, styl gry który wybrał Selby – z tym się kłócić nie można, memłał ile się da, to nie jest styl który porywa tłumy i sprawia, że ludzie kochają zawodnika. Ja o wiele bardziej będe szanował O’Sullivanam, który jak mu nie idzie to stara się przełamać, pokazać coś publiczności, a nie zwolnić jak Selby 3 razy i wbijać po 2 kule z rzędu. Bądźmy szczerzy. Przez 17 frejmów Selby zrobił 3 brejki > 50 pkt. Sory, ale to chwały nie przynosi, na polskim podwórku snookerzyści coś takiego robią. Nie zgadza sie pan z tym, że niektórzy rok 2014 zapamiętają jako ten, w którym Ronnie przegrał finał, a nie Mark wygrał. A ja własnie uważam, że inaczej być nie może. Selby jest mistrzem, ale na zapamiętanie na lata snookerzysta musi sobie zasłużyć. Porwać publiczność, pokazać trochę świetnej gry, jak by na to nie spojrzeć, jednak ofensywnej, bo to ogląda się najlepiej i jednak budowanie brejków, z taką kliniczną dokładnością jak Ronnie, wymaga więcje umijetnosci niż gra na odstawne. Każdy kto kiedyś trzymał kij do snookera w ręce wie, że odstawiac jest się łatwiej niż prowadzić białą bile na milimetry. Wspomniał pan o Dottcie. Do dzisiaj wszyscy pamietają tylko tyle, że wymęczył wygraną w najgorszym finale w historii. Nikt nie pamieta go jako wspaniałego mistrza. Selby też wybierając memłanie wybrał zapomnienie. Ludzi będą pamietać graczy takich jak Osa czy się to komuś podoba czy nie. Ostatnia rzecz. Proszę sobie wyobrazić, ze za 15 lat wszyscy grają jak Selby. To raczej nie przycuiągnie nowych kibiców snookera, prawda? liczę na odpowiedź i pozdrawiam.

    Odpowiedz
    1. GP Autor wpisu

      Mówię, że Selby musiał zagrać BRZYDKO, żeby wygrać, bo tak właśnie jest. Nie rozumiem, dlaczego tak wiele osób nie potrafi zrozumieć prostej sprawy – grając z Ronnie’em wymianę ciosów, otwartą grę po prostu nie da się wygrać, o czym przekonał się m.in. Ding w finale Welsh Open lub Murphy w ćwierćfinale tegorocznych MŚ. Czy za taką postawę ludzie będą kochać „Jestera”? Nie wiem, na pewno będą doceniać. Kochać bardziej niż O’Sullivana nie będą nikogo, więc wątpię aby Selby’emu na tym zależało. On ma 300 tysięcy funtów, wspaniałe trofeum i tytuł mistrza świata. Przeszedł do historii, po taktycznej, mozolnej grze, jak np. Robertson w finale w 2010 roku, ale ile osób o tym pamięta? Pamięta się, że Australijczyk był mistrzem świata, a tylko nieliczni wspominają co tam zaprezentował. A warto zauważyć, że akurat tamten finał był zdecydowanie gorszy niż cała gra Marka w ostatnim finale. Tutaj, owszem może ludzie będą pamiętać, że to ten rok, kiedy O’Sullivan okazał się gorszy, dlatego, że on nigdy wcześniej finału nie oddał, ale będą też pamiętać, że przegrał właśnie z Selbym. Zawodnikiem, który zdobył swój pierwszy tytuł po obraniu znakomitej taktyki przeciwko wielkiemu faworytowi. Nie uważam, że Anglik musi pokazywać ofensywną grę, aby być zapamiętany. Nie i już. Proszę przypomnieć sobie o takiej osobie jak Terry Griffiths. On nigdy nie grał ofensywnie, a jednak jest pamiętany i zawsze będzie. Nie każdy urodził się do takiej gry jak Ronnie i nie każdy musi tak grać. Należy jednak z taką grą umieć sobie poradzić, a to potrafi bardzo niewielu, wśród nich jest jednak Selby. Pisanie, że gra na odstawne jest mniej trudna to spora przesada, proszę spojrzeć tutaj: http://www.youtube.com/watch?v=yk2mrmF_JT8 i przyznać z ręką na sercu i pełną świadomością, że zagranie z 2:51 jest łatwiejsze niż jakikolwiek ofensywny popis „Rakiety”. Co do ostatniej sprawy, trudno sobie to wyobrazić, ponieważ taka sytuacja nie jest możliwa, bo zawsze będziemy mieli dwa typy zawodników – ofensywnych i defensywnych.

      Odpowiedz
  7. ~Jaro

    „Pojawiały się także trochę mniej karygodne, ale równie irytujące opinie, jakoby Selby wcale nie wygrał tego finału, tylko „The Rocket” go przegrał… za kilkanaście lat, wszyscy będą pamiętać, iż 2014 rok, to ten, w którym przegrał wielki mistrz O’Sullivan, a nie ten, w którym wygrał jakiś tam Selby.”

    Dokładnie Selby już nic nigdy w życiu nie osiągnie, a za kilkanaście lat, wszyscy będą pamiętać, iż 2014 rok, to ten, w którym przegrał wielki mistrz O’Sullivan, a nie ten, w którym wygrał jakiś tam Selby.

    Odpowiedz
    1. GP Autor wpisu

      Gdzie kupiłeś swoją magiczną szklaną kulę? ;)
      PS Dobrze, że wpis skomentowała dokładnie taka osoba, jaką opisałem w swoim poście. Dzięki temu znacznie lepiej oddaje rzeczywistość.

      Odpowiedz
      1. ~leonidas

        Oczywiście, że zawodnicy pokroju Selbyego czy Robertsona mogą incydentalnie wygrywać z geniuszami takimi jak np. Ronnie, ale warto zauważyć ile to szczęścia posiadał młodszy Anglik w czasie meczu finałowego. Nie dziwi więc zdenerwowanie Rakiety po meczu finałowym. Gwarantuję autorowi, że gdyby to on był na miejscu Ronniego tj. posiadał znacznie większe umiejętności i grał o swój 6 tytuł mistrza świata, z pewnością byłby zdenerwowany po takiej porażce. Dla mnie Selby jest przeciętnym zawodnikiem, pokroju Waldena czy Dotta, ale i tacy czasem wygrają mistrzostwa. Za rok zobaczymy kto będzie najlepszy!

        Odpowiedz
        1. GP Autor wpisu

          Jeżeli uważasz, że „zawodnicy pokroju Selby’ego i Robertsona” to jacyś przeciętniacy, którzy raz na kiedy, gdy akurat O’Sullivanowi się nie będzie bardzo chciało, mogą z nim wygrać to naprawdę jest to lekka przesada. Tak samo, jak porównywanie mistrza świata, trzykrotnego triumfatora The Masters, laureata UKC i lidera listy rankingowej do Ricky’ego Waldena…
          Nie do końca rozumiem także pisanie, że gdybym ja był na miejscu Ronnie’ego to bym coś tam. Nie dziwię się nerwom O’Sullivana. W swoim tekście piszę o reakcji kibiców, a nie samego zawodnika.

          Odpowiedz
        2. ~ev

          Naprawdę porównujesz Waldena do Robertsona i Selbiego? A od Kropka proszę się odczepić ;) Ronnie jest geniuszem, z tym się zgodzę :). Ronnie, Federerer są wielkimi zawodnikami którzy też czasami przegrywają, to tylko sport.

          Odpowiedz
  8. ~ev

    Dobrze napisane, mimo że jestem fanką Ronniego ( kibicuje Jemu od 20 lat, dla odmiany kibicuję też Higginsowi i Ebdonowi, więc doceniam grę ofensywną i defensywną) to nie płaczę z przegranej Ronniego( oczywiscie smutek był). Jak gdzieś już kiedyś napisałam : 3 lata temu myślałam że Ronnie zakończy swoją piękną karierę a on zdobył 2 tytuły Mistrza Świata i to tego zaliczył jeden finał. Raz się wygrywa, raz przegrywa. Śmieszą mnie ludzie którzy uważają Ronniego za świętego ( parę komentarzy wcześniej), Ronald ma na pewno o wiele więcej występków niż Mark. Ciężko jest byc kibicem Ronniego i teraz jak patrze na Jego grę i w ogóle zachowanie to żałuje że Ronnie wcześniej nie chodził do psychiatry.
    Ludzie docencie wygraną Marka ( nigdy mu nie kibicuję). Oczywiscie Mark mógłby czasami zaryzykować, ale wtedy pewnie Ronald by go „zmiótł” w finale. Mecz na pewno lepszy niż w 2010 roku to się zgadzam pomimo mojej sympatii do obu zawodników to myślałam ze nie dotrwam do końca.

    @ Jaro: Naprawdę kocham Ronalda, ale trochę się zagalopowałeś, będę pamiętać że Mark jest mistrzem jak każdy PRAWDZIWY kibic snookera. Czy Selby w życiu nic nie osiągnie? Odpowiem osiągnie, On ma 31 lat więc jeszcze wiele lat kariery przed nim.
    @Tomek: Selby sam stwierdził że talentu nie ma i powiedział ( czytałam na angielskiej stronie)ze cieszy się że mógł wygrać z najbardziej utalentowanym zawodnikiem.

    Odpowiedz
  9. ~most naturally gifted

    A ja się z autorem zgodzić nie mogę. Doceniam ciężka pracę i wytrwałość Selbiego. Styl gry, konsekwencje itp. itd. Naprawdę. Ale pochwalić tego w żaden sposób nie mogę.

    Jester zaprezentował anty-snooker i nie dało się tego oglądać. Jest różnica między graniem odstawnych, ustawianiem snookerów i nie podejmowaniem niepotrzebnego ryzyka a tym, co on zaprezentował. Nie grał bil bezpiecznych, grał bile mega bezpieczne. Wbił przez 32 frejmy ledwie 1 setkę. Nawet „budując” brejki skupiał się bardziej na niezostawieniu gry rywalowi niż swojej grze. Było kilka sytuacji, zwłaszcza w końcówkach partii, gdzie wbijał bilę bez żadnego pozycjonowania białej, tylko po to, żeby ją wbić a potem cóż, zagrać safety, mimo że była oczywista kontynuacja. Do tego regularnie zrzucał kolorowe na bandy, żeby w razie zostawienia stołu Ronniemu, ten nie miał żadnych szans na wysokiego brejka, o czyszczeniu nawet nie mówiąc. Miał do tego masę, masę szczęścia, bo nie da się inaczej nazwać sytuacji, gdy pudłując bilę ustawia się przypadkowy snooker dla rywala.

    Finał wygrał gorszy zawodnik. Nie da się nawet powiedzieć, że dlatego zagrał lepiej. Po prostu nie zagrał gorzej. Zdobył relatywnie mniej punktów, ale odpowiednie ich ciułanie wystarczyło do zwycięstwa. Osa wciąż pozostaje lepszym graczem i może nawet mógłby wygrać, gdyby chciał grać na warunkach Selbiego. No, ale to Osa – nie oczekujmy cudów ;p

    Co zaś do Ronniego w finale. Zachwytu nie ma. Zagrał mecz słaby i to nie bynajmniej słaby „jak na okoliczności”. Był niedokładny na odstawnych (z 5 razy władował białą do kieszeni na prostych safety…), źle prowadził białą, no i spudłował kilka naprawdę łatwych bil. Nawet setki, który wrzucał nie były tak pewne jak zazwyczaj. Jest osobną kwestią, że Osie brakuje trochę umiejętności czy konsekwencji w grze taktycznej, żeby być zawodnikiem absolutnie kompletnym i fakt, że rywale mogą to przeciwko niemu próbować wykorzystać. Skoro jest teraz innym mentalnie graczem niż kiedyś mógłby i nad tym popracować i poprawić, tak jak choćby swoją grę na długich wbiciach.

    GDYBY Selby pokazał cokolwiek z ofensywnego snookera (nie mam tu na myśli ostatniego frejma czy dwóch, gdy Ronnie był już na deskach i mimo że układy nie był oczywiste to jednak była to „formalność” w kontekście ogromu pracy, jaką zrobił wcześniej) i nawet nie tyle wbił kilka setek / 50tek, co po prostu nie bał się wbijać i nie kończył podejść po wbiciu 1,2 bil już by to w moim mniemaniu uszło.

    Czy Ronnie zasłużył na zwycięstwo? Potencjalnie – nie. Pewnie z innym rywalem wymęczyłby jakieś 18-14, co jednak nie oddawałoby specjalnie talentu jaki zaprezentował na 2 poprzednich MŚ, czy nawet podczas tegorocznych turniejów rankingowych. Mogę zrozumieć, ale Osa przegrał, nie podobają mi się jednak 2 rzeczy. Pierwsza – że Selby prezentując swój anty-snooker wygrał akurat z nim – uosobieniem talentu (most naturally gifted) i być może najlepszym ofensywnie zawodnikiem w dziejach, pokazując smutną i niesprawiedliwa prawdę, że w dłuższej perspektywie to zawsze obrona decyduje i dobrze się broniąc można wygrywać z lepszymi od siebie, co jest zaprzeczeniem samej idei sportu – nie wygrywa lepszy, tylko lepiej przystosowany. I druga – że tak jak psychofani Ronniego gloryfikują Osę, tak psychofani Selbiego robią to samo z Jesterem. Selby wygrał, ale nie ma się co zachwycać nad jego grą (conajwyżej można nad konsekwencją w grze), a już tym bardziej nazywać tego „prawdziwym snookerem”. PRAWDZIWY snooker to przede wszystkim odpowiedni BALANS pomiędzy grą ofensywną a defensywną. Nawet jeśli granica powinna być przesunięta bardziej w kierunku obrony niż ataku to to wciąż atak jest ważna i witalną częścią snookera. Tak jak Osa może być trochę słaby taktycznie, tak bez wątpienia jak Selby jest po prostu słaby ofensywnie i w żadnym wypadku nie można mówić, że super zagrał / rozegrał finał. Zagrał dobrą obronę i zero ataku. To wystarczyło na zwycięstwo, ale bynajmniej nie zasługuje na oklaski i fanfary.

    Odpowiedz
    1. GP Autor wpisu

      Przepraszam, że odpisuję dopiero dzisiaj. Ciężko mi już się spierać o tym samym, bo pojawiło się tutaj już wiele komentarzy i swoje zdanie wyraziłem. Nie zgadzam się z tym, co napisałeś, poza drobnymi wyjątkami, które tutaj już wcześniej podkreśliłem i zaznaczyłem (głównie właśnie w komentarzach).

      Doczepię się tylko do jednego, konkretnie. Piszesz, że „PRAWDZIWY snooker to przede wszystkim odpowiedni BALANS pomiędzy grą ofensywną a defensywną”. Ciekawe stwierdzenie. Jeżeli Ronnie gra tak jak z Waldenem, w pamiętnym meczu podczas UKC (6-0 i rekord punktów bez odpowiedzi rywala), gdzie w zasadzie defensywy nie ma i jest tylko ofensywa (nieistotne, że za każdym razem skuteczna), to także nie jest PRAWDZIWY snooker z powodu braku odpowiedniego balansu?

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>