„Biegnąc”… z Ronnie’em O’Sullivanem

„Running”, kultowa autobiografia Ronniego O’Sullivana, nareszcie w Polsce!

Są takie książki, które po prostu trzeba przeczytać. Dla fanów snookera jest nią bez wątpienia „Running”, czyli autobiografia Ronniego O’Sullivana, chyba najbardziej charyzmatycznej postaci w historii tej dyscypliny. 22 kwietnia książka w końcu ukaże się w Polsce.

We współpracy z wydawnictwem SQN przygotowałem specjalny kod rabatowy dla swoich czytelników do wykorzystania na www.labotiga.pl/ronnie:

- kod rabatowy: BSRONNIE
- rabat -25% od ceny okładkowej (ważny do dnia premiery, 22 kwietnia)
- cena książki po obniżce: 29,93 zł
- wysyłka od 20 kwietnia

O książce: Czytaj dalej

Snookerowa pigułka, czyli najważniejsze wydarzenia 2014 roku

Kontynuując tradycję, podobnie jak dwanaście miesięcy temu, tak i teraz, postanowiłem wybrać pięć największych pozytywów i negatywów mijającego roku, jak również wyróżnić trzech najlepszych zawodników i trzy najbardziej interesujące pojedynki jakie mieliśmy okazję zobaczyć na przestrzeni ostatnich 365 dni.

Wszystko w telegraficznym skrócie i jak najbardziej subiektywnie. Nie ukrywam, że liczę na dołączenie do tej zabawy także Was – moich czytelników i fanów snookera. Chętnie przyjrzę się wyborom każdej osoby, która 2014 rok spędziła na emocjonowaniu się wydarzeniami związanymi z zielonym stołem i kilkoma kolorowymi kulkami.

Największe pozytywy 2014 roku

- Mistrzostwo świata dla Marka Selby’ego

Po tym wyborze pewnie posypią się słowa krytyki, ale sądzę, że wszyscy kibice oraz ludzie, którzy doceniają zawodnika z Leicester już się do tego przyzwyczaili. Mark Selby jest jaki jest i na pewno nigdy nie będzie wirtuozem snookera. Zapewne do końca kariery będzie kołysał się przy każdym trudniejszym zagraniu, a przez wielu będzie uważany za synonim nudnej, żmudnej i bardzo mało widowiskowej gry. Tylko co z tego? To właśnie on, ten „drewniany”, kołysający się i „zamulający” rzemieślnik był w stanie pokonać genialnego O’Sullivana w finale czempionatu i zdobyć coś, czego nikt już nigdy mu nie odbierze, czyli tytuł SNOOKEROWEGO MISTRZA ŚWIATA. Czytaj dalej

Barry Hearn – zabójca UK Championship

Z wypiekami na twarzy wyczekiwałem rozpoczęcia się tegorocznej edycji UK Championship. Mistrzostwa Wielkiej Brytanii, to przecież obok snookerowych mistrzostw świata najbardziej prestiżowy i najlepiej opłacany turniej w sezonie. Gdy w końcu nadszedł pierwszy dzień rywalizacji w York Barbican Centre postanowiłem przejrzeć terminarz gier, w którym zamiast poszczególnych par pierwszej rundy moją uwagę przykuło zupełnie coś innego – skrócenie formatu meczów półfinałowych.

O Barrym Hearnie można napisać naprawdę wiele. Odkąd Anglik przejął rządy w zawodowym snookerze uczynił dla niego wiele dobrego poczynając od promowania tej dyscypliny sportu w różnych zakątkach świata, m.in. w naszym kraju, a na powiększonych pulach nagród kończąc. Niestety, 66-latek zrobił też sporo złego, a jedną z najgorszych decyzji jest totalna destrukcja formatu UKC obowiązującego przez wiele lat. Czytaj dalej

Nareszcie! Snooker w końcu powraca do gry

Uff… Wreszcie koniec. Koniec najdłuższej rozłąki ze snookerem w sezonie 2014/2015. Ostatni raz zielony stół i kilka kolorowych kulek widzieliśmy na żywo 6 lipca, czyli niemal dokładnie miesiąc temu, kiedy to Judd Trump ogrywał Neila Robertsona na Antypodach. Na szczęście, rywalizacja powraca już w najbliższy czwartek – dokładnie po 31. dniach, a w naszych telewizorach zagości od piątku.

Ciekawe, że owa przerwa trwała dłużej niż ta, która ma miejsce po zakończeniu mistrzostw świata, a więc, de facto, rozdzielająca sezony, jak również ta towarzysząca nam podczas końcowych dni roku. A w ostatnich latach tak wiele mówi się, że zawodnicy nie mają wakacji. Ile to narzekań… że kalendarz przeładowany, że we znaki daje się zmęczenie, że czują się wypaleni. Miesiąc urlopu. Faktycznie. Narzekanie w pełni „uzasadnione”. Czytaj dalej

Snooker w Australii? Pełen profesjonalizm!

Długo nie miałem czasu napisać tutaj czegoś konkretnego, tym bardziej, że snookerowy „sezon ogórkowy” nie nastraja do szczególnych wywodów na temat zielonego stołu i kilku kolorowych kulek… ale w końcu trzeba, a okazję do tego przysporzył turniej Australian Goldfields Open.

No właśnie. Osobiście uważam, że zawody w Bendigo biją na głowę imprezy chińskie. Owszem, u Chińczyków wszystko idzie w dobrym kierunku – coraz lepsza organizacja, wyższy poziom rozgrywek, mniej „przeszkadzajek” na trybunach i przede wszystkim rzesza utalentowanych zawodników, ale to nie jest to, co na Antypodach. Przynajmniej na tę chwilę. I mówię to, mimo że jakiś czas temu bardzo chwaliłem rozgrywki odbywające się w Państwie Środka. Czytaj dalej